Na próbie u "Drzewiczan"

Opublikowano: piątek, 07, październik 2016 23:25
Aleksander

Na próbie u "Drzewiczan"Drzewiczan zna niemal każdy w Lubuskiem a na pewno każdy w naszym mieście. Nasza kostrzyńska perła muzyki ludowej, nie na darmo porównywana do Mazowsza, obchodzi w tym roku 30-lecie swojego istnienia i choćby z tego powodu postanowiliśmy odwiedzić ich bez zapowiedzi podczas próby. Ustalenie terminu i miejsca (środa, godzina 17:00 w KCK) nie stanowi problemu, ale wejście niepostrzeżenie... wokalistki są czujne a kapela od razu nas "namierza" więc z zaskoczenia nici. Zaskoczenie na twarzy Jana Piśko, który akurat wchodzi na salę prób jest jednak bezcenne i choćby dla tego warto było przyjść... ale nie tylko - o czym poniżej.

Na próbie u "Drzewiczan"

Często oglądając zespół na scenie w kolorowych strojach, wymalowany i odszykowany jak na wesele (tak a propo - jedna z moich ulubionych piosenek Drzewiczan...) często zastanawiałem się, ile kosztuje osiągnięcie tak wysokiego poziomu artystycznego, że muzyka płynie, słowa odnajdują nasze dusze a nogi same zaczynają tupać w takt muzyki. Patrząc na zespół na scenie widać kunszt ale i radość płynącą ze śpiewania. A właściwie powinienem napisać wspólnego śpiewania, co tylko potwierdza wizyta na próbie. Drzewiczanie, nieprzywykli do tak nietypowych gości, są nieco stremowani, choć ja chyba bardziej. Zastanawiam się, jak oni mogą w tej małej salce spotykać się co tydzień – jak dla mnie jest tutaj duszno, mało miejsca, niekomfortowo...

Na próbie u "Drzewiczan"

Mijają minuty, a zespół pod okiem Jana Piśko ćwiczy kolejne utwory. Instruktor z cierpliwością tłumaczy, że ma być niżej, wyżej, szybciej lub wolniej, przygrywa na klawiszach to znów na akordeonie. Tłumaczy basiście jak ma grać i rysuje tajemnicze dla mnie symbole - jakieś C B A - polityka w muzyce? Widać skupienie na twarzach uroczych wokalistek ale i serdeczność, luz i powoli czuję się jak gość na niedzielnym obiedzie. Bez wątpienia zespół to jedna, wielka, szczęśliwa rodzina i doskonale czuć tą atmosferę unoszącą się w powietrzu. Mija uczucie dyskomfortu, skupiam się na próbie i z podziwem słucham (może raczej: delektuję się) partiami głosów, które mogę usłyszeć oddzielnie, razem i to w różnych kombinacjach - wariactwo!

Na próbie u "Drzewiczan"

Drzewiczanie powoli oswajają się z obiektywem wycelowanym w nich, jestem pierwszym słuchaczem wielu nowych utworów, które jeszcze publicznie nie były śpiewane i tych znanych, zarejestrowanych na płytach, ale jakże innych w tej sali. Maleńka sala prób wypełnia się muzyką, wydaje się płynąć po schodach i pukać do drzwi, żeby ją wypuścić… trudno wyrazić słowami emocje, które towarzyszą podczas próby - Drzewiczanie bez swoich charakterystycznych strojów, kapela nie jest w komplecie ale… te same głosy, ta sama energia i przede wszystkim wyjątkowa radość ze wspólnego śpiewania.

Na próbie u "Drzewiczan"

Na próbie u Drzewiczan znalazłem odpowiedź na pytanie, co takiego mnie w nich urzeka. Określić to można jednym słowem? Może muzykalność? Może autentyczność? Może repertuar? Nie, powtórzę się: to przede wszystkim emocje, radość ze wspólnego śpiewania ale i wszystko naraz w pierwiastku, który często określamy jako „coś” niedefiniowalnego. Dla mnie to wszystko zamyka się w nazwie zespołu. Drzewiczanie.